2014/11/29

Fenomen kina i reklamy

Od jakiegoś czasu ten post, a raczej jego temat, chodzi mi po głowie. Szczególnie, że zauważyłam w swoim otoczeniu bardzo ciekawe zjawisko, które obserwuję również u siebie. Jest to bowiem niesamowity fenomen kina i reklamy, a także to, jak obie te rzeczy wpływają na czytelnictwo. Zapraszam do zapoznania się z tematem oraz z moją opinią.

Zacznę może od początku, czyli od moich obserwacji. Większość z Was (jeśli nie wszyscy) słyszała pewnie o filmie "Gwiazd Naszych Wina", o którym było bardzo głośno w maju, czerwcu i lipcu. Premierę miał 4 czerwca, ja wybrałam się na niego nieco później. Wtedy to jeszcze nie było tak odczuwalne. Dopiero niedawno, kiedy na portale filmowe i do sklepów trafiła wersja DVD tego filmu, nagle "GNW" pojawiło się na nowo. Jak to zwykle bywa, z początku nikt nie wiedział, że istnieje pierwowzór filmu w postaci papierowej. Jednak dosyć szybko ludzie się o tym przekonali i szturmem ruszyli do księgarni i bibliotek. W mojej szkole we wrześniu pojawiły się nowe książki i... 
do dziś żadna z nich nie wróciła na półkę! Tak są rozchwytywane te nowości. A w szczególności "Gwiazd Naszych Wina" sławnego (albo nie) Johna Greena. Czytają wszystkie dziewczyny, które dotąd na książki patrzyły krzywym okiem. I to jak czytają! Wszędzie widać otwarte książki, niekoniecznie "GNW". Dotąd widok czytającego ucznia mojej szkoły był niewyobrażalny. Tym bardziej na korytarzu. Czytałam w ten sposób ja i moje przyjaciółki. Tylko my, bo reszta albo się kryła, albo unikała książek. A tu proszę jaka poprawa!

I co, krytycy filmów, zapaleni miłośnicy książek, mówiący, że film pogarsza sytuację książki? Wcale tak nie jest. Na moim przykładzie można się przekonać, że jeżeli film jest wystarczająco dobry, skusi ludzi by sięgnęli po książkę, a tym samym może zaczęli więcej czytać? Przecież ponad 70%, a może jeszcze więcej, filmów powstało na podstawie książki lub opowiadania. Zajrzycie sobie na Filmweb i sprawdźcie, jeśli nie wierzycie. Jakikolwiek film oglądam, okazuje się, że istnieje książka, na podstawie której powstał! 

U mnie dokładnie tak samo było z początkiem "masowego czytania", czyli stanu książkoholizmu, w którym teraz się znajduję. Najpierw czytałam, bo czytałam, ale mało. Zawsze interesowały mnie książki, bo mama dużo czyta i często pytałam ją, o czym jest dana książka, albo ukradkiem czytałam stronę, na której skończyła. A potem przyszły pamiętne święta 2011, film "Eragon" i... książka. A dokładnie nieskończona liczba książek, które chcę przeczytać. A lista wciąż rośnie. Tak, dobrze czytacie. Najpierw był film, kiepski zresztą, potem miłość do książek. I jak tu nie dziękować kinematografii?

Fakt faktem, czasem ekranizacje są tak kiepskie, że aż chce się ryczeć z frustracji. Tak dobra książka, taki słaby film. Ale może po prostu nie każdą książkę da się zekranizować? A jeśli już to trzeba na to wydać kupę kasy, a nie wiadomo czy się zwróci? Jednak potrafią zmotywować,w jakiś sposób zachęcić.

Do czytania namawiają też reklamy. Ilu książek bym nie przeczytała, gdybym gdzieś się o nich nie dowiedziała? Z pewnością wielu. Zaglądanie na portal LC, facebookowe strony związane z książkami, blogi innych moli książkowych. To wszystko jest reklamą. Nawet recenzja. Bo do czego służy reklama? Tak, w większej części do zachęcenia do kupna produktu, ale po części też, aby poinformować nas, że taki produkt istnieje. Zainteresować nim. A jeżeli już widzę plakat filmowy, grafikę książkową, czy inną reklamę to sprawdzam, o czym to jest, jakie to jest i z czym się to je. A wtedy decyduję. Przeczytam lub nie. I tak toczy się marketing. A nam wciąż przybywa książek do przeczytania.

Tak więc widać, na czym opiera się świat książkowy - na reklamie. Bo jeśli książka ma złe recenzje, to czy ją kupimy? A jeśli ma dobre recenzje, interesujący opis i zachęcającą cenę to czy oprzemy się zakupowi? Wątpię J.

Czytelnictwo stało się ostatnio bardzo modne, co gdzieś tam z tyłu głowy mnie kuje, jak maleńka igła. Bo nienawidzę modnych rzeczy, jeżeli mi się nie podobają. Zwykle staram się trzymać z boku i nie podążać za najnowszymi trendami. A czytanie jest najnowszym. Cieszę się, że dawno je odkryłam i że dawno, niemal rok temu przeczytałam "GNW". Bo teraz bym się dziwnie czuła...

Jestem dziwnym człowiekiem, kiedy widzę kogoś, kogo nie lubię, czytającego moją ulubioną książkę czuję złość i trochę jakby zazdrość. Dziwna ze mnie istota, wiem, trochę arogancka, ale taka już jestem. Sorry, taki mamy klimat J.

A co Wy o tym sądzicie? Macie podobne odczucia? Też dokonaliście takich obserwacji? I z trochę innej beczki: też macie wrażenie, że "Kosogłos" jest wszędzie? Przytłacza mnie to, nawet jeśli film już widziałam...

Zdjęcia pochodzą ze strony http://www.deviantart.com/

8 komentarzy:

  1. Na reklamie opiera się cały świat, nie tylko książek. I nie mam nic przeciwko, jeśli dzięki niej coś dobrego się dzieje, to nie mam nic przeciwko. I jeśli reklama jest w dobrym smaku, o co coraz trudniej - za dużo ostatnio się w nich wykorzystuje podtekstów seksualnych, jak na mój gust. Sama po niektóre książki sięgnęłam pod jej wpływem, z różnym skutkiem - "50 Twarzy..." to gniot, ale kocham "Wyznania gejszy" przeczytane po obejrzeniu filmu - lub przeczytałam nim je rozreklamowano i jeśli książka mi się podobała, to jakoś tak miło patrzyło się na ludzi ją czytających - "Akademia wampirów", "Dary anioła"...
    Jeśli widzę kogoś, kogo nie lubię z książką, która mi się podobała zaczynam się zastanawiać czy rzeczywiście jest tak wkurzający jak mi się wydaje. No skoro sięgną po TĘ książkę, a nie inną, to może jednak mamy coś wspólnego :) Chociaż naprawdę mało jest osób, których nie lubię.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam trochę się wkurzam jak po jakiejś ekranizacji jest BUM na książkę i wszędzie widzę z nią ludzi, którzy normalnie nie czytają... Sama nie jestem "hipsterem" - często odkrywam różne książki bo mają być zekranizowane, ale nie czytam, bo "to modne"...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie również często denerwuje, że ludzie nie doceniają jakiejś książki, a potem, po filmie, nagle uważają to za ideał i najlepszy twór na ziemi. Ja osobiście, jeśli chodzi o GNW, najpierw przeczytałam książkę. Do tej pory filmu nie widziałam. I ogólnie, raczej jestem za tym, żeby najpierw czytać książki. Zbyt często obejrzenie ekranizacji odbiera mi chęć czytania książki, w której wtedy już nic nie może mnie zaskoczyć. Ale powiem też szczerze, że, jeżeli znam juz aktorów dobranych do poszczególnych ról, to łatwiej jest mi wyobrazić sobie wszystko podczas czytania.

    OdpowiedzUsuń
  4. Łał nie wiedziałam, że aż tyle filmów powstało w oparciu o książki. A ja do dzisiaj nie przeczytałam GNW. Sama nie wiem dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdawałam sobie sprawę, że wiele filmów jest na podstawie książek. A to pozwala mi na wybór. Czasem mam ochotę tylko na film, czasem tylko na książkę, a czasem chcę porówna obie wersje :) I to jest świetne, ponieważ nie jestem w stanie przeczytać wszystkiego co bym chciała :]

    A reklama, no cóż... działa tak jak powinna :) Dobrze, że młodzież czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz wiele racji, czytanie stało się poniekąd modne, a ekranizacje tylko to dobijają, przyznam, że ja raczej należę do tych osób, którym nie przeszkadza to by obejrzeć na początku film, a potem przeczytać książkę, bo jeżeli jesteśmy książkocholikami, to nawet to nam nie przeszkodzi. I masz całkowitą rację Kosogłos oblewa mnie całą, nawet nie ma jak się od tego uwolnić!

    OdpowiedzUsuń
  7. Też zauważyłam, że czytanie stało się ostatnio modne i mnie też to trochę kuje, bo nie lubię takiego rozgłosu. Co do tego, że dziwnie się czujesz jak widzisz gdy ktoś, kogo nie darzysz sympatią czyta... to ja mam tak samo - coś mnie aż zżera od środka. Cieszę się, iż książkami interesuję się od dzieciństwa (bywało różnie, ale jednak), bo nie wyobrażam sobie teraz siebie - nowicjuszkę w świecie, gdzie dużo osób jest, jakby to określić, sezonowcami - takie są skutki mody na coś. Bo moda mija, a wraz z nią tacy ludzie przestają się interesować daną rzeczą czy czynnością.

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja uważam, że nawet jeśli pod wpływem danego filmu, będącego równocześnie ekranizacją książki, ktoś po nią sięgnie i przeczyta, to jest to ogromny sukces. Nie mam też problemów, gdy panuje swoista moda na dany tytuł, dopiero po powstaniu jego filmowej produkcji, ba, sama dowiedziałam się o "Igrzyskach śmierci" po obejrzeniu ekranizacji, wówczas nie miałam "na świeżo" literackich nowinek, bo po prostu nie posiadałam jeszcze bloga. Najistotniejszy jest według mnie fakt, żeby w ogóle czytać. :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi gościu, uprzejmie proszę o zachowanie wszelkiej kultury w komentarzach. Każdy komentarz to uśmiech na mojej twarzy i zachęta, aby Wasze posty również komentować więc... do dzieła!